-------------------------------- --------------------------------- -------------------------------
czyli to co w matce siedzi
RSS
piątek, 06 listopada 2009
Please

"Please" to słówko modne ostatnio w przedszkolu.
 
Przychodzę coraz częściej po Grześka w okolicach 16, czyli jak na moje poczucie przyzwoitości, dość późno. Biorąc pod uwagę okoliczności, czyli ja w domu i brak potrzeby technicznej, aby tkwił tam dłużej, niż są zajęcia, godzina 16 jest zdecydowanie późna.
Jednak niemal codziennie słyszę:
- Mamusiu, mogę zostać jeszcze 5 minutek? Albo 10? Za wcześnie dziś przyszłaś! W ogóle nie zdążyłem się dzisiaj pobawić!

Jest w przedszkolu od 9.30 i jeszcze nie zdążył się pobawić. Zadziwiające.

Ostatnio znaleźli się też poplecznicy i dzięki temu odkryłam przedszkolną modę na "please":
- Proszę pani, niech Grześ jeszcze zostanie, please, please, please! Tak fajnie się bawimy! - woła Stać, patrząc na mnie maślanymi oczami, czasem składa ręce jak do modlitwy.
Wtóruje mu wianek dziewcząt:
- Proszę pani, czy Jagódka mogłaby wejść do nas do sali? Please! Możemy się z nią chwilkę pobawić? Please! Please! Pokażemy jej zabawki, please! - wołają dziewczynki, ciągnąc Jagodę za ręce w głąb pomieszczenia, tak że już za chwilę nie widzę swojego dziecka spomiędzy kłębowiska odrobinę wyższych głów.

Grzegorz modzie na "please" poddał się umiarkowanie, użył dwa razy i mu przeszło.

Choć przydało mu się w dość istotnej sprawie.

Po decydującym usg, kiedy dowiedzieliśmy się, że Wojtek, to Wojtek, a nie Emilka, Róża lub Agatka, przekazałam Grześkowi radosną nowinę. Facet nie zdradzał nam wcześniej swoich preferencji, twierdził, że cokolwiek będzie, będzie dobrze. I to był kamuflaż, jak się okazało.

- Uff, wiedziałem, że słowo "please" pomoże. - powiedział bardziej do siebie, niż do mnie.
- W czym pomoże, Grzesiu?
- W modleniu się do Boga. Prosiłem go wczoraj wieczorem w łóżku, żeby to był chłopczyk. Bo bardzo chciałbym mieć brata. Mówiłem ciągle do Boga  "please", "please", "please". I udało się! Wiedziałem, że "please" podziała.

To miłe, że niektórym sprawdza się tak prosta metoda.
I to miłe, że brat już niesie ze sobą radość. Choć jeszcze ukryty pod skórą.

*
Grzegorz.





00:51, fajerwerka_1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 22 października 2009
Jagodowe gadanie

robi się coraz subtelniejsze. Coraz więcej w niej słów nie naszych, nie domowych, wyłapanych gdzieś z zewnątrz. Coraz więcej w niej perełek od nas, tych ładnych, estetycznych, wyłuskanych z codzienności.
Raz udało mi się przysiąść i zanotować. Nowości z ostatniego piątku. Słówka - piękności.


- Co robisz, Jagoda?
- Czitam ksiązieczkę o koniku, któly skacze i BLYKA.

*
- Poplosie mleko. Ale nie to, tego nie sce. Sce takie DZIECIENCE.  (modyfikowane)

*
- Mamo, mamusiuuu! Gdzie PODZIAŁA się moja mamusia?

*
- Mamo, chodź do gziesiowego pokoju. SPÓJRZ, jaka wiezia z klocków.

A to "spójrz" zupełnie nie nasze, my przecież używamy "popatrz".

Uwielbiam, gdy przynosi coś z zewnątrz. Szczególnie, gdy
jest to ładne i pieści ucho.

*
Płacze.
- Co się stało?
- UPADŁAM i się ZLANIŁAM. - i to "upadłam" z pewnością też nie jest z domu. Tu raczej mówimy "przewrócić się". Skąd w takim razie?

*

Do lalek:
- WITAJCIE, moje PSIJACIÓŁKI.

*
W samochodzie.
- Bende spać, A WIENC  nie mów juś nic.

*
Ona w wózku, ja pcham pod górkę. Trochę dyszę.

- No, mamo MASIELUJ, MASIELUJ.

*


I gdyby pominąć myślami te naprawdę nieliczne momenty, kiedy daje do wiwatu, trzeba przyznać, że mamy z nią teraz prawdziwie miodowe lata.
Ma najbardziej uroczy czas w swoim życiu. Gadatliwa, uczuciowa  i całkiem zgodna. Proszę los, żeby jak najdłużej.

Potyczki mamy z nią głównie, gdy staje się głodna. Nie mówi - mamo, zjadłabym coś, tylko krzyczy, wpada w złość i tupie nogami o każdą drobnostkę. Dać jej coś do paszczy - to znowu wraca cierpliwa i słodka Jagoda. Zresztą podobnie jak jej starszy brat, tyle że u niego kryzysy ściśle wiązały się z niewyspaniem. I jeżeli skrupulatnie pamiętamy o tych zależnościach, mamy dzieci niemal Przyłóż Do Rany. Przynajmniej teraz. Chwilowo.


*

I jeszcze odrobinę wakacyjnej Jagody.












22:00, fajerwerka_1
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 19 października 2009
Ta

ciąża nie różni się wiele od poprzednich.
Podobnie nieźle się czuję.
Podobnie funkcjonuję zwyczajnie. Jak bez ciąży.

I podobnie główne objawy ciążowe mam umiejscowione w głowie -  przewrażliwienie, podrasowane instynkty, biologia jako głos przewodni, reakcje lekko na wyrost. Trochę jak barometr jestem, reaguję na każdą zmianę pogody w naszej rodzinie, okraszając wszystkie możliwe wydarzenia łzawieniem, zmartwieniem lub skrajną wzruszliwością.

Ale jest też inaczej.
Po raz pierwszy zapominam o ciąży. Czasem zdumiona uprzytamniam sobie, że ja przecież mam pełny brzuch i jakoś mi to umknęło i jakże mnie to zapominanie wtedy zaskakuje, to takie niepodobne do mnie.
I nie dlatego, żebym była jakoś bardziej wyluzowana, bo kolejna ciąża, to już się tak nie przeżywa.
Przeżywam. Jak to ja, zawsze przeżywam.
Zapominam czasem, bo chyba więcej do myślenia mam o tu i teraz.
Bo Jagoda ma taki uroczy czas właśnie, tak szybko się uczy, tak ciągle przybywa jej mówienia, aż chce się tego słuchać i rejestrować. Bo Grześ zrobił się zabawny i trenuje poczucie humoru i tak często można się z nim pośmiać.
I ludzi dużo wokół mnie. W których też wsłuchiwać się trzeba.

A o Wojtku przypominam sobie dopiero wieczorem. Jak już stado się do snu ułoży, a ja siadam po raz pierwszy od rana bez ruchu i nagle spostrzegam ten falujący brzuch.
Dopiero wtedy myślę o chłopcu.  Jestem ciekawa całego jego i tego, co nam przyniesie z sobą. Nie mogę się doczekać mnie z nim sam na sam w szpitalu. Pierwszego odwinięcia na spokojnie z pieleszy, przeglądnięcia dokładnie każdej części mikroskopijnego ciała.
Odgłosu sapania przy połykaniu mleka.

Trochę się czasem boję o jego zdrowie, może nawet bardziej o tym myślę, niż przy poprzednich ciążach. Choć mówią, że przy kolejnych dzieciach człowiek odpuszcza sobie martwienie się, ja wręcz przeciwnie. Jakbym teraz więcej wiedziała, jakie możliwości los ma w zanadrzu.

A jeszcze to.
Z rozbawieniem przypominam sobie ciążę z Grzesiem, gdy mój osobisty mąż upominał mnie, jak niosłam ze sklepu dwa kilo ziemniaków. A teraz Jagoda u mego biodra uwieszona i nikt mi nie zwraca uwagi. Bo każdy widzi, że trudno byłoby inaczej. To po schodach nie chce iść, to za wolno powłóczy nogami i żeby przyspieszyć zabieram pod pachę, to budzi się w nocy i wolę na chwilę wziąć na ręce, niż połowę swojego miejsca w łóżku do rana odstępować. Albo zwyczajnie, przychodzi sroka zaglądnąć, co się w garnku gotuje. To podnoszę na ręce i przy okazji nos w jej szyję wkładam, niucham cudowny zapach, we włosy cmokam. I wiem, że powinnam nie nosić. Bo tak mówią. Ale lubię. I już teraz nie umiem inaczej funkcjonować z dzieckiem, niż fizycznie blisko. Dzieci są takie wdzięczne za to branie ich pod pachę.

I takie przyjemne w dotyku.

13:58, fajerwerka_1
Link Komentarze (18) »
piątek, 09 października 2009
Pierwszy

prezent dla najmłodszego ode mnie. Z okazji tego, że jest chłopcem. I że wiemy już, jak ma na imię.



To Wojtek.


13:09, fajerwerka_1
Link Komentarze (29) »
niedziela, 04 października 2009
To już

2 lata z nią.



Wszystkiego najlepszego, Jagódko.


12:48, fajerwerka_1
Link Komentarze (38) »
wtorek, 29 września 2009
.


Czasem napada mnie panika.
Gdy Jagoda skręciła sobie kostkę i płakała w nocy bite półtorej godziny, bo mimo panadolu kostka wciąż bolała, wtedy spanikowałam. Leżałam z nią w łóżku i myślałam gorączkowo - płacze, ale teraz przynajmniej jestem dla niej. A kiedyś w analogicznej sytuacji trafi między nas niemowlę. Jagoda dostanie furii, że ktoś nas rozdziela, niemowlę będzie spazmować, gdy moja koncentracja na karmieniu będzie szwankować.

Czy o to mi chodziło?

Napada mnie panika, gdy Jagoda budzi się w nocy. Budzi się raz na ruski rok, ale jednak. W tym samym czasie będzie budzić się niemowlę. Do kogo pójdę najpierw? Czy Jagoda zaakceptuje, że podczas jej usypiania będzie nam towarzyszył ktoś trzeci? Mały, ale pewnie jeżeli zechce, całkiem donośny.

Nie martwię się, że sobie nie poradzę.
Najwyżej będziemy przez pół roku jeść pierogi mrożone. Najwyżej skarpetki dzieci będą czarne po jednym przejściu przez schody. Najwyżej będziemy zmięci i niedoprani. Trudno.
Nie martwię się o siebie. Wiem, że z baby-bluesa wyjdę, a do chaosu przywyknę. Wiem, że stoję stabilnie.

Myślę o nich. O tym, że będą chwile, gdy zabraknie mi ramion do ich utulania i centymetrów na mojej klatce piersiowej do przykładania policzków. Że przyjdą momenty, gdy nasze małżeńskie łóżko okaże się za małe. Myślę o wyborach, przed którymi stanę - kogo najpierw pocieszać, czyją paszczę najpierw nakarmić, komu najpierw opatrywać rany i kto z płaczącej trójki będzie najbardziej poszkodowany.

Zastanawiam się, czy będzie tak, jak miało być. Ten talerz pełen kanapek i dużo gadania przy stole w kuchni. Wiem, że w ostatecznym rozrachunku wyjdzie nam na plus. Ale czasem myślę o nich.

Czy zawsze będą szczęśliwi, że jest ich troje. Tak, jak ja bym tego chciała.

13:44, fajerwerka_1
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 28 września 2009
:)

A w moim brzuchu mieszka chłopiec.

17:42, fajerwerka_1
Link Komentarze (29) »
czwartek, 24 września 2009
To trzecie.

Gdy przez wiele miesięcy opowiadałam w szkole rodzenia o noszeniu dzieci w chustach, gdy pomagałam świeżym rodzicom otulać zwojami tkaniny ich kilkutygodniowe młode, zawsze przychodził taki moment, kiedy musiałam przez chwilę szeroko otwierać oczy i na siłę nie mrugać powiekami. Żeby powstrzymać wilgoć. Czającą się. Gotową wypłynąć na każde zawołanie.

A potem, gdy po skończonym spotkaniu wracałam do domu samochodem przez miasto, zawsze w końcu musiałam dać ujście.  I kołkowatym językiem memłałam w ustach jedno pytanie. Zawsze to samo.
Czy ja jeszcze kiedykolwiek włożę do chusty noworodka? Nie komuś. Sobie?
Czy ja jeszcze kiedykolwiek zawinę w chustę tak małe dziecko? Nie cudze. Swoje?

Jagoda już niedługo urośnie. Nasze chusty będę musiały pójść do ludzi.

Noszenie to, poza transportem, gratisowe przytulanie się do rozgrzanego tobołka, to muskanie ustami pluszowego czubka głowy, nawykowe wygładzanie kulistych plecków, bonusowe kilka chwil więcej kapiącego hormonu błogości. Noszenie uzależnia, okrutnie uzależnia. Emocjonalnie przyszywa do bawełnianej tkaniny grubą dratwą. I ja czuję to namacalnie, właśnie teraz, gdy już tak mało noszę Jagodę. I gdy tęsknię za nią przyklejoną do mnie tak nieprawdopodobnie mocno, na tak długo, jak nigdy potem nie udało nam się przykleić naszymi ramionami.

Dlatego gdy patrzyłam na cudze noworodki, wkładane do cudzych chust na cudze klatki piersiowe, gdy prawie dotykałam palcami cudzej błogości, cudzego rozrzewnienia i cudzej ulgi na widok ich zapadającego w sen szczenięcia, musiałam te oczy tak szeroko otwierać. I nie mrugać. Żeby nie wypłynęło.

Tak było do czerwca.

Teraz, gdy wracam do domu samochodem, myślę rozluźniona - chyba dobrze mi dziś poszło. I myślę - zaraz spotkam się ze swoimi dziećmi. Przytulę je sobie.
Bo teraz mam gdzieś z tyłu głowy mój własny, prywatny komfort, że ja też. Kiedyś. Niedługo.

Coś się spełnia. Coś do niedawna niewiadome. Latami marzone.
Długo niepewne. Jest już we mnie.

To trzecie.

13:53, fajerwerka_1
Link Komentarze (18) »
środa, 16 września 2009
O matko,
wieki mnie tutaj nie było. Do spisania sporo w głowie, ale mniej możliwości fizycznych. Chyba dlatego, że w porze, gdy zwykle siadałam i wstukiwałam w klawiaturę to, co przez głowę przepływało, teraz mój mózg jest konsystencji stopionego masła, a ciśnienie moich myśli staje się nieubłaganie niskie. Ciało upomina się o sen bezwzględnie od godziny 22 i nie ma zmiłuj.

Od dłuższej chwili zastanawiam się, jak pokrótce streścić, co tam u nas, ale chyba w zasadzie nic ciekawego, więc co tu streszczać. Dzieciuchy kochane, każde w trakcie jakichś swoich zmian. Jagoda nabyła podczas wakacji kilka świeżych umiejętności, między innymi cztery nowe piosenki, robi fikołki i staje na głowie, podpierając się nogami o ścianę. A także skacze do basenu, zanurza się w całości i wypływa na powierzchnię.
I nie używa przy tym okularków do nurkowania, co Grześkowi na przykład nie mieści się w głowie. Dla niego takowe są na razie niezbędne.

Grzegorz nauczył się w końcu jeździć na rowerze bez bocznych kółek. Wielka to chwila dla niego. Zwycięstwo nad własną cechą naczelną - szybkim zniechęcaniem się. Podziękowania należą się babci i jej wytrwałości w uczeniu.
Podczas wyjazdu do Turcji udało mu się opanować przepłynięcie kilku metrów pod wodą stylem mieszanym. Bez dmuchanych rękawków. I to również była wielka chwila. Uwielbiam patrzeć na niego, gdy jest tak dumny z siebie. Uwielbiam tego chłopca, dla którego każdy krok do przodu to zwyciężanie bitwy. Ciężkiej przeprawy z samym sobą. Opanowywanie swoich słabości, nad którymi tak często ubolewa. A potem patetyczne słowa z jego ust: "Powiedziałem sobie - muszę uwierzyć w siebie. I popłynąłem".

Jest taki zabawny w tym byciu wojownikiem.

Najmłodsze pisklę od kilku tygodni delikatnie postukuje mnie w powłoki brzuszne, dając mi przyjemne wrażenie, że tam w środku dzieje się, jak powinno.
I to też uwielbiam.
Choć tak dużo we mnie pytań i niewiadomych.
Ale to dłuższy temat. Na kiedy indziej.

14:23, fajerwerka_1
Link Komentarze (9) »
sobota, 29 sierpnia 2009
A my

właśnie unosimy się na falach niewiarygodnie ciepłego morza i objadamy pysznymi tureckimi mięsiwami.

Jak trochę poodpoczywam, to się odezwę.




08:56, fajerwerka_1
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24